Muhammad Ali – wielki człowiek i bokser

by Jerzy Malinowski

Jestem Ameryką. Jestem tą częścią, której nie uznajecie. Ale przyzwyczajcie się do mnie – czarnego, pewnego siebie, zarozumiałego; moje imię, nie wasze; moja religia, nie wasza; moje cele, moje własne. Przywyknijcie do mnie.

                                                                                                                                                               Muhammad Ali

“Walka Stulecia” przebiła nawet lądowanie człowieka na księżycu. Wojna, która trwała latami

– Nigdy nie pokona mnie gość w czerwonych szelkach. Będę na ciebie czekał Joe, idź dalej do przodu – powiedział Muhammad Ali. – Będę – odpowiedział mu Joe Frazier. Kilka lat później obaj napisali historię boksu. 8 marca mija 50 lat od “Walki Stulecia” pomiędzy Muhammadem Alim a Joe Frazierem.
Jak w wielu przypadkach, wielkie starcia w historii sportu nie ograniczają się tylko do ringu czy boiska. Za danym wydarzeniem stoi często cały kontekst i tło kulturowe, historyczne i polityczne. Nie inaczej było z “Walką Stulecia”.

zdobył swój pierwszy tytuł mistrza świata w wieku 22 lat, jeszcze jako Cassius Clay. Wcześniej uważano go tylko za mocnego w gębie, mimo że ten miał już na koncie złoto olimpijskie. W 1964 roku zmierzył się z ówczesnym mistrzem świata – Sonnym Listonem, który szczycił się wówczas bilansem 35-1. Przed walką Clay obrażał rywala, nazywając do “wielkim, brzydkim niedźwiedziem”. Dodawał, że Liston “śmierdzi jak niedźwiedź”, a po walce “odda go do zoo, jak już go pobije”. Mimo tego nikt specjalnie nie miał wątpliwości co do tego, jak może wyglądać ta walka. Zachowania Claya, który przy okazji spotkania twarzą w twarz z Listonem powiedział, że “ktoś zginie w ringu”, tłumaczono strachem pretendenta. – Jedyna niewiadoma, to ile to potrwa – mówił Joe Louis, mistrz świata wagi ciężkiej z lat 1937-1949.

Ostatecznie potrwało to siedem rund. Ale nie zakończyło się nokautem, jak zapowiadał Liston. Jego rywal był szybki i zwinny. Mistrz był wyczerpany i poddał walkę. “Wstrząsnąłem światem, jestem największy!” – wykrzykiwał po walce Clay. Zaledwie rok później ponownie zmierzył się z Listonem. Ta walka rzeczywiście zakończyła się szybkim, choć kontrowersyjnym nokautem. Już w pierwszej rundzie Ali posłał przeciwnika na deski po ciosie, który przeszedł do historii jako “cios widmo”. Szybki ruch prawą ręką Alego pozostał niezauważony przez publiczność, a także sędziego. To dało podstawy do teorii spiskowych i podejrzeń o ustawkę. Dopiero w powtórkach telewizyjnych w zwolnionym tempie widać, że cios rzeczywiście miał miejsce i mógł powalić Listona.

Kiedy Ali pokonywał Listona po raz drugi w 1965 roku, na zawodowym ringu zadebiutował Joe Frazier, który również sięgnął po złoto na igrzyskach olimpijskich. Syn farmera, jeden z trzynaściorga rodzeństwa, który w młodości trenował boks uderzając w wiszące połacie mięsa podczas pracy jako rzeźnik. Brzmi znajomo? To właśnie ten element życia Fraziera, podobnie jak bieg po schodach Filadelfijskiego Muzeum Sztuki, został wykorzystany w filmie “Rocky” z 1976 roku (sam Frazier pojawił się w filmie, jako jeden z widzów walki tytułowego bohatera z Apollo Creedem).

W 1967 roku obaj pięściarze spotkali się ze sobą po raz pierwszy. Na ringu, ale nie przy okazji walki. Muhammad Ali przygotowywał się wtedy w Madison Square Garden do obrony mistrzostwa przed Zorą Folleyem. Zauważył przebywającego nieopodal Fraziera i zawołał go. Kiedy “Smoking Joe” podszedł do Alego, ten zmierzył go wzrokiem i zajrzał pod jego kurtkę.

– Czerwone szelki – zauważył Ali – Nigdy nie pokona mnie gość w czerwonych szelkach – powiedział. Frazier tylko uśmiechnął się zawstydzająco. – Idziesz do przodu Joe, idziesz do przodu. Będę na ciebie czekał, więc idź dalej – powiedział mistrz. – Będę – krótko odpowiedział Frazier.

Banicja

Muhammad Ali udanie bronił tytułu, aż w końcu stracił do poza ringiem. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w wojnę w Wietnamie spowodowało konieczność zwiększenia liczebności armii. Zwiększono zakres poboru, a jednym z powołanych do wojska był właśnie Ali. Ten jednak odmówił zaciągnięcia się do wojska, tłumacząc do względami religijnymi – jako muzułmanin nie mógł brać udziału w wojnie.

– Wojna jest wbrew nauczaniom Koranu. Nie próbuję się uchylić od służby. Nie możemy brać udziału w wojnach, chyba że wypowie ją Allah. Nie jesteśmy agresorami, choć będziemy się bronić. Nie mam nic do Wietkongu. Dlaczego każą mi zakładać mundur, lecieć 10 tysięcy mil od domu i zrzucać bomby na Wietnamczyków, kiedy nazywani “czarnuchami” ludzie w Louisville są traktowani jak psy i odmawia się im podstawowych praw? – mówił.

W konsekwencji został on skazany na karę więzienia w zawieszeniu za odmowę służby wojskowej. Został też pozbawiony paszportu i licencji bokserskiej. Odebrano mu tytuł mistrza świata. Tym samym amerykański sąd zabrał mu kilka najlepszych lat w karierze sportowca. Ali nie mógł walczyć, nie mógł też wyjechać z kraju. – Został obrabowany ze swoich najlepszych lat – powiedział później jego trener, Angelo Dundee.

Na skutek tych wydarzeń ikona boksu zaczęła być ikoną także poza ringiem. Wojna w Wietnamie podzieliła amerykańskie społeczeństwo. Działał duży ruch antywojenny, głównie na amerykańskich uczelniach. Na nich przemawiał Ali, jeżdżąc po całym kraju i wygłaszając wykłady, w których krytykował wojnę w Wietnamie. Wypowiadał się również na temat nierówności rasowej i religii.

– Moim wrogiem są biali ludzie, nie Wietkong, Chińczycy czy Japończycy. Wy jesteście stoicie naprzeciw mnie, kiedy chcę wolności. Wy stoicie naprzeciw mnie, kiedy chcę sprawiedliwości. Wy stoicie naprzeciw mnie, kiedy chcę równości. Nie chcecie się za mną ująć w Ameryce, ale chcecie, żebym gdzieś walczył? – mówił podczas jednego ze spotkań na uniwersytecie. Po każdym takim spotkaniu pytał się zgromadzoną publiczność “kto jest mistrzem świata wagi ciężkiej?”, a publika skandowała jego imię.

Skoro połowa narodu go podziwiała, a Ali był dla nich inspiracją i wzorem, to oczywiste, że druga połowa go nienawidziła. Dla establishmentu był zdrajcą uchylającym się od służby dla kraju. Otrzymywał wiele gróźb i życzeń śmierci, podobnie jak dziennikarze, którzy próbowali go bronić. – Wiadomość o podłożonej bombie wygoniła wszystkich z biura, stoimy w śniegu. Szyba mojego samochodu została wybita młotem – pisał broniący decyzji Alego dziennikarz sportowy, Jerry Izenberg.

Tymczasem, po 19 zwycięskich walkach, z czego 17 przed czasem, w 1968 roku Joe Frazier stanął naprzeciw Bustera Mathisa. Zwycięzca tej walki miał zostać uznany przez nowojorską komisję boksu za nowego mistrza świata. Co ciekawe, to nie było pierwsze starcie obu pięściarzy. Wcześniej spotkali się w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Tokio. Mathis wygrał, ale przed igrzyskami złamał sobie palec. W jego miejsce do Tokio poleciał Frazier. Obaj do tej pory byli niepokonani, a po walce to miano przypadało tylko Frazierowi. Wygrał on w 11 rundzie przez nokaut. W 1970 roku był już niekwestionowanym mistrzem, kiedy w walce o pasy WBA i WBC pokonał Jimmy’ego Ellisa przez nokaut techniczny w piątej rundzie.

Poza ringiem Frazier był przeciwieństwem Alego. Wolał przemawiać w ringu. Był konserwatystą, chodził do kościoła (był baptystą), ciężko pracował, przestrzegał prawa. Nic dziwnego, że przeciwnicy antywojennego ruchu i samego Alego właśnie we Frazierze znaleźli swoją ikonę, choć on sam niekoniecznie chciał być tak postrzegany. Wolał robić swoje. Na ringu również bardzo się różnili. Frazier cały czas szedł przed siebie, naciskał na swojego rywala. – W ringu zawsze przypominał opancerzony transporter, który nieustannie prze do przodu, nie zważając na ostrzał wroga – pisze Andrzej Kostyra w swojej książce “Walki stulecia”. Największą bronią Fraziera był potężny lewy sierpowy. Natomiast Ali był szybki i zwinny. “Latał jak motyl i żądlił jak pszczoła”. Niejednokrotnie prowokował przeciwników opuszczając gardę i wykonując słynną “przekładankę”, która była swego rodzaju tańcem, kombinacją ruchów nogami.

Ali jeszcze w czasie banicji deprecjonował Fraziera. Uważał siebie za prawdziwego mistrza świata. “The Greatest” wiedział co robi. Przygotowywał już grunt pod ewentualną walkę. “Smoking Joe” nie odpowiadał na te zaczepki. Wyjaśniał rywali w ringu.

W 1970 roku, kiedy Ali nadal walczył w sądzie, dzięki staraniom przyjaznych polityków i sprzyjającym okolicznościom, odzyskał on swoją licencję bokserską w stanie Georgia. Było już wiadomo, że Ali będzie chciał odzyskać pasy i zmierzyć się z Frazierem, ale nie od razu. W swojej pierwszej walce po 3,5 roku przerwy zmierzył się w Atlancie z pierwszym pretendentem, Jerrym Quarrym. Walka trwała trzy rundy i zakończyła się zwycięstwem Alego przez techniczny nokaut. Po tym, jak odzyskał licencję w stanie Nowy Jork, mógł zmierzyć się z innym pretendentem, Oscarem Bonaveną. Walka trwała 15 rund i dała dobry obraz tego, w jakiej formie znajdował się Ali. Znokautował on swojego rywala, ale eksperci zwrócili uwagę, że był wolniejszy niż przed odebraniem mu mistrzostwa. Mimo tego wygrał swoją 31 walkę z rzędu. I miał trzy miesiące na przygotowanie się do najważniejszego pojedynku. Pojedynku z Frazierem.

Szaleństwo

Joe Frazier był aktualnym mistrzem świata, choć wielu za takiego uważało Alego. Obaj byli niepokonani. Kiedy wyszli na ring, “Smoking Joe” mógł pochwalić się bilansem 26 zwycięstw, z czego 23 przez nokaut. “The Greatest” wygrał 31 pojedynków, z czego 25 przez nokaut. To był pierwszy raz, kiedy o tytuł mistrza walczyli dwaj niepokonani dotąd bokserzy. Obaj byli mistrzami olimpijskimi. Pojedynek był reklamowany jako “Walka Stulecia”.

Nigdy wcześniej żadne wydarzenie sportowe nie wzbudzało takich emocji. 50 krajów nabyło prawa do pokazania tej walki. Transmitowano ją w 12 językach. Ostatecznie obejrzało ją około 300 milionów osób. Wtedy to była rekordowa widownia. Pod względem oglądalności pojedynek ten przebił nawet lądowanie człowieka na Księżycu. Bilety na wydarzenie rozeszły się miesiąc przed walką. Obejrzał ją komplet 19,5 tysiąca widzów. Walka przyniosła zarobek około 20 milionów dolarów. Po 2,5 miliona dostali obaj bokserzy. Bilety przy ringu kosztowały 150 dolarów. W przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze wychodzi około 950 dolarów.

Wojna psychologiczna

Co ciekawe, Frazier nie zgadzał się z decyzją odebrania Alemu licencji. “Smoking Joe” pożyczył mu nawet pieniądze w trakcie jego banicji, a także wstawiał się za nim w Kongresie i u prezydenta USA, Richarda Nixona. – Gdyby baptyści nie mogli walczyć, to też bym nie walczył – powiedział. Na tym jednak dobre stosunki obu pięściarzy się skończyły. Ali w swoim stylu podgrzewał atmosferę i próbował uwypuklić to, że jest to również walka dwóch światopoglądów. Z siebie Ali robił bojownika o wolność i prawa człowieka. W tym samym czasie robił z Fraziera “nadzieję białych ludzi”. Nazwał go “wujem Tomem”, co było nawiązaniem do bestsellerowej powieści “Chata wuja Toma”, ukazująca okrucieństwo białych ludzi wobec czarnych niewolników. Frazier nigdy nie wypowiadał się na tematy społeczne, więc Alemu było łatwiej przekonać swoich sympatyków do tego, że jego rywal to bohater ich prześladowców. Frazierowi nie pomagało też to, że nazywał swojego przeciwnika Cassiusem Clayem. To tylko dodawało Alemu paliwa w jego kampanii przeciw Frazierowi. – Dlaczego nazywa mnie Cassiusem Clayem, skoro nawet największy biały wróg rozpoznaje mnie jako Muhammada Alego? – dopytywał.

Konsekwencje jego słów były daleko idące. Dzieci Fraziera były prześladowane w szkole. Cała jego rodzina dostała ochronę ze strony policji, bo grożono im śmiercią. Poza tym Ali był jak zawsze pewny zwycięstwa. – Będę tańczył i fruwał, biedny Joe nie zdoła nawet wyprowadzić ciosu. Zapiszcie to już teraz, że pierwsze pięć rund będzie należeć do mnie. Nigdy nie było takiego, jak ja. Szybkiego, zwinnego, tak dobrego i silnego, tak mądrego. Ta walka nie potrwa 15 rund, ktoś zostanie znokautowany. I będzie to Frazier, bo nie narodził się taki, co wytrzyma moje ciosy – wymieniał “The Greatest”. Ale podobnie jak przy jego starciu z Listonem, eksperci dawali większe szanse jego rywalowi.

“Walka Stulecia”

Aż w końcu nadszedł 8 marca 1971 roku, kiedy obaj niepokonani bokserzy skrzyżowali rękawice w Madison Square Garden. Walkę oglądało wiele znanych osobistości. Powszechnie znaną anegdotą jest fakt, że zdjęcia z tej walki dla magazynu “Life” robił Frank Sinatra, który nie załapał się na miejsce dla publiczności, a bardzo chciał zobaczyć tę bitwę.

W pierwszych dwóch rundach Ali zdominował swojego rywala. Skwitował to machnięciem ręką w stronę Fraziera na koniec drugiej odsłony, jakby chciał pokazać, że ten nie stanowi dla niego wyzwania. “Smoking Joe” miał jednak to do siebie, że rozkręcał się powoli i lepiej wyglądał w kolejnych rundach. Tak też było i tym razem. Trzeci i czwarty epizod tej walki padł łupem Fraziera. Piąta była już bardziej wyrównana, ale też ze wskazaniem na mistrza. W szóstej Ali zaczął się odgryzać, ale w kolejnej dał się zepchnąć do narożnika. Frazier w swoim stylu parł do przodu i nie zważał na ciosy lewym prostym. Trafiał Alego w korpus, dwa razy jego ciosy znalazły szczękę rywala. Ali jednak znowu prowokacyjnie potrząsnął głową i machnął ręką. Szczyt lekceważenia rywala przypadł na ósmą rundę, kiedy Ali oparł się na linach i muskał twarz Fraziera. Ten atakował, znowu zamykając rywala w narożniku, ale ten zdawał nic sobie z tego nie robić. Rundę później Ali wziął się do roboty uderzając Fraziera kilka razy w głowę, ale ten wytrzymał atak.

Żarty skończyły się w 11 rundzie. Przed walką Frazier obmyślał taktykę razem ze swoim trenerem, Eddiem Futchem. Ten poinstruował mistrza, aby uważał na prawą rękę Alego. Rywalowi Fraziera zdarzało się ją opuszczać, kiedy chciał z dużą siłą uderzyć podbródkowym. “Smoking Joe” miał wtedy wykorzystać to i wyprowadzić swój firmowy lewy sierpowy na głowę Alego. I ta taktyka powiodła się w 11. rundzie. Ali nie padł na deski, ale zachwiał się, a jego nogi zadrżały. Instynktownie unikał ciosów. To był początek końca.

W kolejnych rundach Frazier kontynuował natarcie. Ali przestał robić sobie żarty, ale było za późno. Ciosy, którymi “poczęstował” go Frazier we wcześniejszych rundach, odebrały mu siły. Było to widać w przedostatniej odsłonie pojedynku, kiedy Ali zerwał się do ataku i wiele razy trafił Fraziera w głowę. Mistrz wytrzymał, pewnie też dlatego, że siła ciosów Muhammada nie była tak duża, właśnie ze względu na zmęczenie. Ali nie zdołał powalić swojego rywala i zapłacił za to w ostatniej, 15. rundzie. Manewr z lewym sierpem znowu się powiódł i “The Greatest” wylądował na deskach. Wstał, kiedy sędzia doliczył do ośmiu. Nie był już jednak w stanie zagrozić Frazierowi i skupił się tylko na tym, aby dotrwać do końca. Role się odwróciły. Teraz to Frazie śmiał się w twarz rywalowi widząc, że ten już nie mógł nic zrobić poza trzymaniem przeciwnika i czekaniem na końcowy gong. Po nim zwycięzcą został ogłoszony Joe Frazier. Wygrał jednogłośnie na punkty.

– Radziłem Alemu, aby nie wdawał się w wymiany ciosów, szybko się poruszał i kontrował Fraziera prostymi – tak jak to potrafi. Jednak z Alim nigdy nic nie wiadomo. Zawsze robi to, co chce – cytuje Angelo Dundeego Andrzej Kostyra w “Walkach Stulecia”.

– Jestem człowiekiem, który lubi żarty, zawsze stara się dostarczyć publiczności rozrywki. Poza tym uwielbiam kpiny z ekspertów, krytyków i ich opinii. Chciałem pokazać im oraz kibicom, co może robić wielki bokser. Niestety, przesadziłem z popisami. Gdybym wiedział, że w końcowym rozrachunku do zwycięstwa zabraknie mi właśnie tych tak głupio przegranych rund, byłbym poważny – powiedział Ali po walce.

Po walce

Frazier obronił tytuł mistrza świata i cieszył się nim do 1973 roku, kiedy przegrał przez techniczny nokaut z Georgem Foremanem w drugiej rundzie. Była to jego pierwsza porażka w karierze.

W styczniu 1974 roku Frazier ponownie zmierzył się z Muhammadem Alim w “Rewanżu za Walkę Stulecia”. Tym razem walkę wygrał Ali przez jednogłośną decyzję sędziów. W tym samym roku Ali odzyskał tytuł mistrza świata po słynnej walce “The Rumble in the Jungle” w Kinszasie. “The Greatest” znokautował George’a Foremana w ósmej rundzie.

1 października 1975 roku doszło do ostatniej, trzeciej walki między Frazierem a Alim pod nazwą “Thrilla in Manilla” na Filipinach. Magazyn “The Ring” w 1996 roku uznał to starcie za najlepszą walkę wszechczasów. Wygrał ją Ali, bo trener Fraziera wycofał go z walki po 14 rundach. Obaj byli całkowicie wykończeni. Ali nie był nawet stanie cieszyć się ze zwycięstwa, osunął się na matę i długo nie wstawał. Po latach przyznał, że nigdy nie był tak blisko śmierci. Dzień po walce komplementował swojego rywala.

(Nie)zagojone rany

Jednak stosunki pomiędzy nimi pozostawały napięte jeszcze bardzo długo. Zarówno przed drugą, jak i trzecią walką obaj nieustannie się obrażali. Obaj też odmawiali uznania porażek w walkach między nimi. W swojej autobiografii wydanej w 1996 roku, Frazier nazywa Alego Cassiusem Clayem. W tym samym roku Ali miał zapalić znicz olimpijski podczas igrzysk w Atlancie. Frazier wyraził nadzieję, że jego dawny rywal zajmie się ogniem.

Frazier sugerował też, że choroba Parkinsona, z którą zmagał się Ali, jest swego rodzaju karą boską za jego wcześniejsze zachowanie. W 2001 roku w rozmowie z New York Times Muhammad Ali przeprosił Fraziera mówiąc, że wszystko co powiedział miało na celu promocję ich walk. Frazier miał na początku przyjąć przeprosiny, ale potem zmienił podejście i stwierdził, że oczekuje przeprosin osobiście, a nie przez gazetę. Ali odpowiedział, żeby ktoś przekazał Frazierowi, że nadal jest “gorylem” (jedna z inwektyw, których Ali użył przeciwko niemu). Dodał, że nie będzie błagał Fraziera o wybaczenie.

W 2009 roku w rozmowie z magazynem “Sports Illustrated” Joe Frazier stwierdził, że nie żywi już urazy do Alego. W listopadzie 2011 roku Frazier zmarł na skutek raka wątroby. Na pogrzebie pojawił się Muhammad Ali. Kiedy duchowny poprosił, aby zgromadzeni okazali co czują do zmarłego, Ali wstał i długo klaskał.

Zostaw komentarz

W ramach witryny stosujemy pliki cookies. Akceptuj